Słyszysz, kochana, oto wznoszę dłonie - słyszysz: ten ruch... Wokół samotnych w każdej świata stronie rzeczy zmieniają się w słuch. Oto, kochana, przymykam powieki, słyszysz ich szelest - ku tobie znak, słyszysz, podnoszę je ruchem tak lekkim... ...Ale czemu ciebie tu brak.
Odbicie najmniejszego poruszenia w jedwabnej ciszy staje się widome; ślad niezniszczalny odciska wzruszenie w zasłonie oddalenia nieruchomej. Na mym oddechu unoszą się w krąg gwiazdy na niebie. Ku wargom moim płyną wonie łąk, i poznaję przeguby rąk dalekich aniołów. Tylko tej, o której myślę: Ciebie nie widzę.
Kiełkował w duszy dziwny niepokój. (Przeczucia.) Ktoś
grał (z moderatorem) fantazje Szopena. - Drgnęła nagle,
jak gdyby od szpilki ukłucia. Przyszła zła zmora
dziewczyn: trapiąca migrena.
I
przełożyła ręce do tłukącej skroni, I przymrużyła oczy. I
cała pobladła. A w uszach monotonnie, natrętnie coś
dzwoni. I podeszła powoli (śmierć... śmierć...) do
zwierciadła.
Obejrzała się. Potem
na chwilę stanęła. Spojrzenie. Uśmiech nikły. (A głowę
coś tłoczy.) Pięknym kobiecym ruchem stanik swój
opięła (Uwypuklone piersi drażniły mi oczy.)
Potem - podeszła do mnie. Blisko.
Strasznie blisko. (Struchlałem...) Szła woń słodka od
włosów kasztanu; Za rękę mnie ujęła... (zawrót!... pada
wszystko!...) I rzekła wolno: "Chciałam - - coś - - powiedzieć - - panu - -". Julian Tuwim
Ty przychodzisz, jak noc majowa, biała noc, noc uśpiona w jaśminie, i jaśminem pachną twoje słowa, i księżycem sen srebrny płynie.
Płyniesz cicha przez noce bezsenne, - cichą nocą tak liście szeleszczą - szepczesz sny, szepczesz słowa tajemne, w słowach cichych skapana, jak w deszczu...
To za mało! Za mało! Za mało! Twoje słowa tumanią i kłamią! Piersiom żywych daj oddech zapału, wiew szeroki i skrzydła do ramion!
Nam te słowa ciche nie starczą. Marne słowa. I błahe. I zimne. Ty masz werbel nam zagrać do marszu! Smagać słowem! Bić pieśnią! Wznieść hymnem!
Jest gdzieś radość ludzka, zwyczajna, jest gdzieś jasne i piękne życie. - Powszedniego chleba słów daj nam i stań przy nas, i rozkaż - bić się!
Niepotrzebne nam białe westalki, noc nie zdławi świętego ognia - bądź, jak sztandar rozwiany wśród walki bądź, jak w wichrze wzniesiona pochodnia!
Odmień, odmień nam słowa na wargach, naucz śpiewać płomienniej i prościej, niech nas miłość ogromna potarga, więcej bólu i więcej radości!
Jeśli w pieśni potrzebna ci harfa, jeśli harfa ma zakląć pioruny, rozkaż żyły na struny wyszarpać i naciągać, i trącać, jak struny.
Trzeba pieśnią bić aż do śmierci, trzeba głuszyć w ciemnościach syk węży. Jest gdzieś życie piękniejsze od wierszy. I jest miłość. I ona zwycięży.
Wtenczas daj nam, poezjo, najprostsze ze słów prostych i z cichych - najcichsze, a umarłych w wieczności rozpostrzyj, jak chorągwie podarte na wichrze.
To może przypadek Że znów się widzimy Patrzymy na siebie W spokojnej udręce Wspomnienia spłowiały Przez lata i zimy Dziś tylko się znamy Nic więcej...
Uśmiechasz się dziwnie Inaczej niż wtedy Gdy było do siebie Nam bliżej niż blisko To było niedawno A mówi się kiedyś Dziś tylko się znamy To wszystko...
Dzielimy złą ciszę Obcymi słowami Ty serce masz chłodne I chłodne masz ręce Za chwilę pójdziemy Innymi drogami Bo tylko się znamy Nic więcej...
W tym mieście, w którym się spotkamy, za rok, za chwilę kto to wie wtem zatrzymają się zegary i wszystko będzie jak we śnie:
Więc będą dwie szklaneczki wina, i trochę śmiechu, trochę łez... może pójdziemy gdzieś do kina, może w straganie kupisz bez... Może nocą gdzieś na moście pomilczymy o miłości, może powiesz coś od rzeczy, może nie... I przez te dwie szklaneczki wina nagła wesołość dwojga serc.
W tym mieście, gdzie się rozstaniemy, za rok, za chwilę, może dziś, nic się nie stanie, nic nie zmieni, jak gdybyś wcale nie miał iść:
Znów będą dwie szklaneczki wina i trochę śmiechu, trochę łez... Może pójdziemy gdzieś do kina, może w straganie kupisz bez... Może nocą gdzieś na moście pomilczymy o miłości, może powiesz coś od rzeczy, może nie... I przez te dwie szklaneczki wina będziemy śmiać się aż do łez, bo przecież to nie nasza wina
Zapachniało powiewem jesieni Z wiatrem zimnym uleciał słów sens Tak być musi Niczego nie mogą już znienić Brylanty na końcach twych rzęs Tam, gdzie mieszkasz już biało od śniegu Szklą się lodem jeziora i błota Tak być musi Już zmienić nie może niczego Zaczajona w twych oczach tęsknota Wróci wiosna, deszcz spłynie na drogi Ciepłem słońca serca się ogrzeją Tak być musi Bo ciągle się tli w nas ogień Wieczny ogień, który jest nadzieją
Szukałem Cię wśród jabłek,czereśni,pomarańczy Na łące nad jeziorem, gdzie wodna nimfa tańczy W księgarniach i kwiaciarniach,wpierw słowa potem kwiaty I miałem z tym szukaniem prawdziwe cztery światy
W kabałach i pasjansach i tam,gdzie wszystko znika I w kinie na seansach i w Górnych gdzieś Ustrzykach Szukałem w poczekalniach, na wszystkich dworcach świata Pytałem listonosza, wróżbitę i prałata
A gdy mnie już widziałeś, na wiecznie zielnej łące Ktoś nagle zakrył Księżyc, a potem zgasił Słońce A gdy mnie już widziałeś, w obłoku jeszcze sennym Ktoś nagle zgasił Słońce,i potem zakrył Księżyc
Szukałam Cię na morzu,wypatrywałam w górach Pod ziemią Cię szukałam i w umazanych chmurach I w gwiazdach Cię szukałam, w tej kosmogonii wiecznej Jechałam Wielkim Wozem, na Drodze byłam Mlecznej
Szukałam Cię na drzewach, wśród liści i kasztanów Zjechałam do Braniewa, do ojców Franciszkanów Na pasach Cię szukałam i przeszłam każdą drogę Szukałam i wołałam:Nie mogę już! Nie mogę!
A gdy mnie odnalazłeś na wiecznie zielnej łące Ktoś nagle zakrył Księżyc, a potem zgasił Słońce I znów przemierzać będę, wszechświaty tropem ptasim Aż ktoś zakryje Księżyc, na zawsze Słońce zgasi
Świeci woda o północy,
Księżyc okna przewiał wskroś.
Pełen mocy i niemocy
Księżyc okna przewiał wskroś.
Bezimienne i ponure
Idą ku mnie poprzez chmurę:
Mrok - po pierwsze, blask - po wtóre,
A po trzecie - jeszcze ktoś.
Gdy tak słucham przyczajony,
Ktoś zapukał raz i raz,
W moje wrota z tamtej strony
Ktoś zapukał raz i raz,
Kto tam puka w moje wrota?
«To - my: Wicher i Tęsknota,
I ja - Ciemność spopod płota,
Otwórz prędzej, bo już czas!»
Otworzyłem w imię Boga -
Wszystko troje wbiegło snadź!
Tętni pułap i podłoga:
Wszystko troje wbiegło snadź!
I zdobywszy łoże moje,
Co zna nocne niepokoje,
Wszystko troje, wszystko troje
Legło rzędem, aby spać.
«Razem z tobą będziem spali
W jednym łożu za pan brat.
Niech się przyśni sznur korali
W jednym łożu za pan brat!»
Wicher prze sen w bok się miota,
Jęczy Ciemność spopod płota
I przeciąga się Tęsknota,
Ziewająca w cały świat!
Dni które nas dzielą Są jak schody Po których wbiegnę świeżym
letnim popołudniem Do jej domu Usiądę przy stole Naprzeciw I pić
będziemy złotą herbatę Z dwóch czułych szklanek A potem spróbuję Jeżeli
starczy mi odwagi Przekroczyć zieloną granicę Jej oczu i dojść Aż do
warg Swoimi wargami W pokoju gdzie przyczaił się zegar Koszula jej
męża Wisi ukrzyżowana na krześle I rosną bezszelestnie kwiaty Które
patrzą na nas Szeroko otwartymi oczami
Nie przysłaniajcie różom
księżyca gdy świeci Róże kochają księżyc tak jak poeci W niebo z ogrodów
patrzą i patrzą nim zasną I śni się różom w ciemności ta jasność
Róże
mają kocie źrenice ja wiem Róże z rzadka oczy podnoszą ja wiem I
najchętniej róże z księżycem ja wiem Swe dialogi wiodą wśród nocy ja
wiem
Róże mają usta gorące ja wiem Ogień róży na deszczu nie gaśnie ja
wiem Róże mają kolce drapieżne ja wiem Kaleczą do krwi gdy pieszczą i
kaleczą do krwi gdy pieszczą
Ja wiem,ja wiem, ja wiem, ja dobrze o tym
wiem
Nie przesłaniajcie różom księżyca nim zasną Róże kochają tarczę
księżyca tę jasność W ziemię wrośnięte i oniemiałe w milczeniu Lecą na
księżyc kiedy przepływa nad Ziemią
Nie chcę twego serca
Nie chcę twoich ramio Wszystko gdzieś przepadło Wszystko oddasz za
nią Lepiej odejdź teraz Płacze moje ciało Ból jak gorzki owoc
Ból to już za mało
Noc róży cierń burzy rani mnie Bez końca bez
słońca krzyk i gniew Noc róży cierń burzy rani mnie Bez końca bez słońca
krzyk i gniew
Nie chcę twego ciała Nie chcę twoich oczu Zimny
czuję dotyk Lodowaty spokój Powiew namiętności Inne kryją usta
Nie chcę więcej spotkań Nie chcę bać się jutra
Noc róży cierń
burzy rani mnie Bez końca bez słońca krzyk i gniew Noc róży cierń burzy
rani mnie Bez końca bez słońca krzyk i gniew
Po co tyle złych słów
Po co tyle tych łez Nic się już nie zmieni Zamknij oczy i spójrz
Niebo pełne jest gwiazd I słońca na ziemi
Noc róży cierń burzy
rani mnie Bez końca bez słońca krzyk i gniew Noc róży cierń burzy rani
mnie Bez końca bez słońca krzyk i gniew /Shazza/
Stałam w blasku pięknych
pań Myśląc, że na Ciebie czas Nagle wielki bukiet róż, zjawił się
Ktoś przez salę dał mi znak Kartka, na niej kilka zdań: "Żegnaj i
nie szukaj mnie, chcę być sam"
Ile gorzkich łez kosztował mnie ten
wieczór Pytający wzrok zdradzanych żon, z zemstą w rzeszy
Miłość i
gniew tak samo płoną Mają tę moc, co sprawia ból Byłam prawie w niebie i
nagle lot na dno Chyba ktoś zaprosił zło Miłość i gniew tak samo płoną
Mają tę moc, co serce rwie Kilka łez na szybie, za oknem deszczu mrok
Jakby żal po dniu
Ile potem przeszło lat Ile przekleństw, słów
na wiatr Tkliwość i najdziksza złość, w parze szły Serce było w stanie
gryźć Pamięć chciała pisać list Nurty dwa,... dwa, niosły mnie
W
Twym pokoju kurz zatrzymał czas i zapach Gdy oszukam gniew, przychodzę tam,
liczę lata
Miłość i gniew tak samo płoną Mają tę moc, co sprawia ból
Byłam prawie w niebie i nagle lot na dno Chyba ktoś zaprosił zło
Miłość i gniew tak samo płoną Mają tę moc, co serce rwie Kilka łez
na szybie, za oknem deszczu mrok Jakby żal po stracie dnia
Finał gry Ta chwila
musiała przyjść Ktoś wypadł z roli Cóż trudno ale boli Cios za cios
Nie wzruszy mnie wspomnień głos Już nie powrócę Rzucę cię pójdę w
noc Róże w wazonie I żal że tyle słów Czy to już koniec? O nie!
Spróbujmy znów Uwierzę Ci uwierzę Ci Kochany… to jalousie - jalousie…
Bo zazdrość niejeden zna ból I poznał ją żebrak i król To
gniewem ponosi jak tysiąc burz To klęka i prosi by nie odchodzić Bo
zazdrość przemija jak deszcz A w życiu potrzebna jest też Choć nie śpi
po nocach Lecz wierzy że kochasz Że miłość powróci gdy chcesz
/Irena Santor/